środa, 21 lutego 2024

"Żegnaj"

 Wczoraj wieczorem za Tęczowy Most odszedł nasz ukochany Izerek. 
Nie pies, nie zwierzę. Przyjaciel, towarzysz, członek rodziny, oczko w głowie. 
Nie ma słów, aby oddać nasz smutek, żal... 

To była wyjątkowa istota: mądry, kochany, tak bardzo z nami związany i tak ogromnie nam oddany. Nasz świat też kręcił się wokół niego, wszystko było "pod pieska", bo on był centrum tego świata. Pustka...


    Wiedzieliśmy, że tak się może zdarzyć, ale nie sądziliśmy, że to już, teraz. Izercio od półtora roku chorował na mastocytomę. To nowotwór zazwyczaj podskórny, ale może dawać przerzuty do narządów. Pierwszy guzek Izeruś miał wycięty i od tego czasu był na sterydach. Było dobrze. Jednak jesienią było widać, że schudł, miał mniej siły, spacerki stawały się krótsze. Ale był dzielny. Wypracował sposoby komunikacji z nami, gdy czegoś chciał, a nie mógł sobie poradzić. Wiedzieliśmy, kiedy trzeba mu było pomóc wstać, kiedy dać miskę z piciem, a kiedy skrócić spacer, bo jest zmęczony.
    Pod koniec stycznia zaczął wymiotować i miał gorączkę. Wszystko wskazywało na infekcję dróg oddechowych, choć wskaźniki wątrobowe były podwyższone. Dostał elektrolity, antybiotyk i wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Dwa dni temu zabraliśmy go jeszcze na wycieczkę na wieś. Uwielbiał jeździć autem, obojętnie gdzie i jak długo, byle jechać i byle z nami. Na wsi jak książę z miasta przeszedł obok piesków gospodarzy, szczeknął swoim zachrypniętym już głosem, aby pokazać, kto tu tymczasowo rządzi...
    Wczoraj nad ranem poczuł się źle, zaczął wymiotować i z trudem wyszedł na spacerek. Pojechaliśmy do weterynarza. Wyniki były porównywalne z tymi ze stycznia, znów wysokie wskaźniki wątrobowe. Dostał kroplówki, antybiotyk, elektrolity...Gorączka spadła, ale był bardzo słaby, nie mógł wstać i chodzić. Weterynarz powiedział, że wdraża leczenie, ale to postęp choroby i pewnie zaatakowane są narządy wewnętrzne. Powiedział, że być może za jakiś czas będzie trzeba rozważyć decyzję o uśpieniu, aby go nie męczyć. Miałam nadzieję, że to odległy czas.


    Gdy wróciliśmy do domu był słabiutki. Napił się trochę, podnosił główkę, ale był coraz słabszy. Widać było, że coraz trudniej mu się oddycha, serduszko pracowało coraz wolniej...

    Odszedł w swoim domku, w swoim łóżeczku, przykryty ulubionym kocykiem, miziany, trzymany za łapkę, z szeptanymi do uszka słowami podziękowania za to, co nam dał. Po raz ostatni pokazał, jak bardzo nas kocha i jak bardzo jest mądry, zdejmując z nas ciężar podejmowania tej najtrudniejszej decyzji. 

    Izerciu, kochamy Cię. Zawsze będziesz w naszych sercach. 
Żegnaj PRZYJACIELU.